niedziela, 6 marca 2022

#PRZENIOSŁAM SIĘ!

 Cześć! Od 2021 roku kontynuuję pisanie recenzji na moim Instagramie:

instagram.com/skrytaksiazka

Serdecznie Was tam zapraszam!



Mam nadzieję, że jesteście zdrowi i szczęśliwi! Trzymajcie się ciepło :)

czwartek, 24 sierpnia 2017

#Leigh Bardugo - Cień i kość

~ Całe życie szukam sposobu, by to wszystko naprawić. Ty jesteś moim pierwszym promykiem nadziei od bardzo długiego czasu.


   O Leigh Bardugo było swego czasu naprawdę dosyć głośno, a to wszystko za sprawą dwóch książek, które napisała i które zostały wydane u nas w Polsce. Mowa tutaj o: Szóstce wron i Królestwie kanciarzy. Wszędzie widziałam te książki, dosłownie na każdym portalu związanym z literaturą. Jak to ze mną bywa, moja ciekawość maksymalnie wzrosła i stwierdziłam, że muszę zapoznać się z twórczością tej autorki. Nie miałam pojęcia od czego zacząć i wtedy znalazłam jej debiutancką trylogię, napisaną w tym samym uniwersum co Szóstka wron. Przeczytałam wiele recenzji/opinii o tych książkach i 80% z nich była negatywna, co mnie bardzo rozczarowało, ale nie zraziło, bowiem i tak miałam zamiar zapoznać się z nimi. Tak oto przeczytałam Cień i kość przed zapoznaniem się z Szóstką wron.

   Cień i kość to pierwsza część Trylogii Grisza, która opowiada o Alinie Starkow. Dziewczyna nigdy wcześniej nie była w niczym dobra, ani niczym się nie wyróżniała. Kiedy jednak pułk, z którym podróżuje przez Fałdę, zostaje zaatakowany, a jej najlepszy przyjaciel Mal odnośni ciężkie rany, Alina musi coś zrobić. Odkrywa w sobie uśpioną moc, która ratuje Malowi życie - moc, która może też okazać się kluczem do wyzwolenia wyniszczonego przez wojnę kraju - Ravki, niegdyś potężnej i dumnej. Teraz ten kraj jest otoczony przez wrogów i rozdarty przez Fałdę Cienia: pasmo nieprzeniknionej ciemności, w której czają się przerażające potwory.

   Fabuła brzmi trochę oklepanie i nie mówię, że taka nie jest. Główna bohaterka jest nikim, a z dnia na dzień okazuje się, że ma magiczne moce, które mogą ocalić świat i tylko ona je posiada, więc tylko ona może to zrobić. Z szarej myszki zostaje wykreowana na zbawczynie, która wyzwoli wszystko i wszystkich. Brzmi znajomo? Wiele autorów używa tego schematu i na pewno spotkaliście się z nim w niejednej pozycji. Jestem dopiero po przeczytaniu pierwszego tomu i przyznaję, że rozumiem te wszystkie negatywne opinie, ale ta książka była, w moim odczuciu, całkiem niezła. Owszem, to nie fenomen ani numer jeden w top moich literackich ulubieńców, ale jak na książkę z gatunku young adult fantasy, wypadła ona nie najgorzej. 

   W mojej skromnej opinii biorę również pod uwagę to, że był to debiut autorki. Świat Griszów, który wykreowała, wypadł fenomenalnie. Leigh Bardugo miała naprawdę świetny pomysł i nie dziwie się dlaczego stworzyła inne książki w tym samym uniwersum. Jestem pod wrażeniem jej pomysłowości i to jak rozegrała całą akcję. Pierwszy tom wcale nie był dla mnie przewidywalny, ponieważ nie nastawiałam się na coś super i nie myślałam o tym, jak autorka może zakończyć tę część. Przez te wszystkie hejty na Trylogie Grisza nastawiałam się na totalnego gniota, a Cień i kość wcale nim nie jest.

   Nie zdążyłam przywiązać się do bohaterów, gdyż lektura nie była specjalnie długa. Kolejne części mają już więcej stron, więc czuję, że w tej sprawie wiele może się zmienić. Alina była momentami irytująca, ale przez to jak w ciągu jednego dnia całe jej życie się zmieniło, mogę jej to wybaczyć. Podobało mi się jej postępowanie pod koniec lektury, w finałowej akcji, która swoją drogą była naprawdę dobra i trzymająca w napięciu. Poza tym, postać Darklinga wydała mi się najbardziej interesująca i jestem ciekawa jak rozegrają się dalsze wydarzenia z jego udziałem.

   Styl pisania autorki nie powala, ale również nie jest najgorszy. Ważne, że wszystko zostało napisane schludnie i przejrzyście. Książkę czytało mi się bardzo dobrze, a jej najnowsze wydanie z tego roku jest jeszcze ładniejsze niż poprzednie. Dobrze, że mam właśnie to nowe, gdyż nawet nie zdajecie sobie sprawy jak wygodnie czyta się tę część. Oczywiście jestem przekonana, że sięgnę po kolejne części, gdyż całość zakończyła się w takim momencie, że grzechem jest nie przeczytać kontynuacji. To dla mnie priorytet.

   Nie każdemu spodoba się ta trylogia, ponieważ ma ona trochę wad, ale mi one nie przeszkadzały w żaden sposób. Chcę zapoznać się z wszystkim książkami Leigh Bardugo, które zostały lub zostaną wydane w Polsce, gdyż bardzo przypadło mi do gustu, to co tworzy ta autorka. Jestem pewna, że jeśli w moim odczuciu Cień i kość nie wypadł źle, to z każdą książką będę coraz bardziej zachwycona. Ps. ciekawe czy to, co tu napisałam sprawdzi się :)

★★★☆☆


Książka należy do trylogii "Grisza":
Cień i kość | Szturm i grom | Ruina i rewolta  

środa, 2 sierpnia 2017

#Sarah J. Maas - Dwór mgieł i furii

- Za tych, którzy spoglądają w gwiazdy i marzą, Rhys.
- Za gwiazdy, które słuchają. I marzenia, które się spełniają.


   Z przeczytaniem tej książki zwlekałam ponad pół roku i to nie dlatego, że pierwsza część mi się nie podobała - było wręcz na odwrót. Jeśli macie jakiekolwiek pojęcie o książkowej sferze, to na pewno nieraz słyszeliście o tej serii lub o którymkolwiek tomie. Dwór mgieł i furii jest o wiele bardziej wychwalany niż poprzednia część. Cofnę się trochę w przeszłość - Dwór cierni i róż wywarł na mnie ogromne wrażenie, nawet mimo tego, że fabuła nie ciągnęła się zaskakująco szybko i nie opadła mi szczęka, kiedy skończyłam czytać tę lekturę. Ale co się dziwić? To jest pierwszy tom, a w nim zostajemy powoli wprowadzeni do tego świata, który tak naprawdę został stworzony od zera i jak na ponad pięćset stron, Maas dała radę i poradziła sobie bezbłędnie.

   Nad tą niebieską cegiełką spędziłam trochę czasu, nawet więcej niż się spodziewałam. Fabuła nie wciągnęła mnie od razu z samego początku. Po jakichś trzystu stronach odstawiłam tę książkę na ponad miesiąc i kompletnie zapomniałam, że ją czytam. Co najlepsze, nie było to spowodowane tym, że lektura mi się nie podobała. Z perspektywy czasu myślę, że głównym powodem było to, jak długo czekałam z przeczytaniem tej książki, przez co nie mogłam się w nią "wbić". Na szczęście to minęło i gdy pewnego dnia usiadłam na fotelu, aby dalej ją kontynuować - przepadłam po całości. 

   Jestem ogromnie podekscytowana na samą myśl o tym, w jaką stronę podążyła Sarah J. Maas. Nie sądziłam, że drugi tom tak bardzo rozbuduje fabułę, pod każdym względem. Akcja nie jest monotonna ani nie tkwi w jednym miejscu. Ciągle przenosimy się na inny teren, w którym dzieją się najróżniejsze rzeczy, czasem takie, których się kompletnie nie spodziewamy. Wszystko zostało bardziej poszerzone i rozbudowane. Bohaterów również mamy więcej, zwłaszcza tych nowych. Mówię tutaj o ekipie Rhysanda, który oprócz Feyry jest głównym bohaterem tego tomu, co jest naprawdę fantastyczne. Nie sądziłam, że autorka tak poszerzy moje horyzonty, jeśli chodzi o jego postać. 

   Jak się okazało wraz z zakończeniem Dworu mgieł i furii, Maas już w trakcie pisania pierwszej części wiedziała do czego dąży ta fabuła. Nic nie zostało specjalnie naciągnięte, aby pieniądze zgadzały się ze sprzedaży. Autorka zdawała sobie sprawę z każdego detalu, co wychodzi na jaw dopiero w trakcie czytania drugiego tomu. Przyznam, że byłam w szoku i dwa razy wracałam do pierwszej części, aby jeszcze raz przeczytać różne fragmenty, które miały istotny wypływ na dalszą fabułę. To "drugie dno" poznajemy dopiero w tym tomie, także jeśli czytaliście pierwszą część i słabo Wam się podobała, to wierzcie mi, że Dwór mgieł i furii wynagrodzi Wam wszystko.

   Osobny akapit chcę poświęcić bohaterowi jakim jest Rhysand i jego paczce przyjaciół - Mor, Amrenie, Kasjanowi i Azrielowi. Już wspomniałam, że Rhys staje się jednym z głównych bohaterów tej części, co mnie kompletnie nie dziwi. Wcale się nie dziwię, jak wiele czytelniczek szaleje za tym bohaterem, gdyż moje serce również skradł. Uwielbiam to, jak Sarah wykreowała tą postać. Rhysand jest idealny pod każdym względem i nie mówię, że ma same zalety, ale zdecydowanie przeważają one nad wadami. Wraz z późniejszymi wydarzeniami poznajemy powody, dlaczego jego zachowanie jest momentami nieobliczalne. Przyjaciele Rhysa, tak jak on - spełniają ważne zadanie w tej części. Nie zostają oni odstawieni na margines. Są bohaterami większości wydarzeń, dzięki czemu możemy poznać ich bliżej. Ogromnie się cieszyłam, że książę Dworu Nocy ma takie wsparcie.

   Jeśli chodzi o główną bohaterkę - Feyrę, do niej przez 75% lektury miałam mieszane uczucia. Dopiero wraz z zakończeniem spodobało mi się jej zachowanie, które niestety przez większość powieści było momentami irytujące. Ta postać przechodzi ogromną metamorfozę od Dworu cierni i róż. Myślę, że czytając pierwszy tom, byłabym zaskoczona jaką osobą była wtedy, a jaka jest teraz. Oczywiście ta zamiana jest na plus. Zakończenie szalenie mnie zdziwiło, ponieważ nie podejrzewałam, że tak potoczy się ta cała sytuacja. Faktycznie jest tak, jak pisali inni - końcówka jest mocna. Strasznie się stresowałam tym co może się wydarzyć i byłam wściekła na autorkę, która praktycznie wywołała u mnie zawał serca. 

   To naprawdę intensywna część, w porównaniu do jej poprzedniczki. Dzieje się o wiele więcej, spotykają nas duże zwroty akcji i mamy bardziej rozbudowanych bohaterów, których możemy poznać bliżej i przeżywać z nimi wszystkie ważne wydarzenia. Sarah J. Maas zaskoczyła mnie swoją pomysłowością i oryginalnością. Jest naprawdę niezawodna w tym co robi, a jej książki temu dowodzą. Nie wspomniałam nic o jej piórze, gdyż to Maas - bez zmian, dalej pisze cudownie, przejrzyście i każdym rozdziałem wciąga mocniej i trzyma w napięciu.

★★★★★


Książka należy do serii "Dwór cierni i róż":
Dwór cierni i róż | Dwór mgieł i furii | Dwór skrzydeł i zguby 

czwartek, 20 lipca 2017

#Connie Willis - Pojedynek na słowa

- Wiesz, kogo najczęściej ludzie okłamują? Siebie. Są mistrzami samooszukiwania.


   Niezbyt odległa przyszłość. Social media zawładnęły życiem, każdy chce wszystko wiedzieć o innych. Nawet uczuć nie trzeba wyznawać słowami. Wystarczy... je poczuć, aby dotarły do drugiej osoby. Dzięki EED, drobnemu zabiegowi mózgu, który tworzy między zakochanymi specyficzną więź. To lepsze niż zaręczyny, bo przy zaręczynach musisz wierzyć w uczucia partnera, a tu po prostu wiesz. Briddey Flannigan jest zachwycona, kiedy jej chłopak Trent proponuje jej wspólne EED. I nic sobie nie robi z narzekań rodziny ani z rozpaczliwych prób odwiedzenia jej od tego pomysłu przez C.B., kolegę z pracy. Tylko, że kiedy Briddey budzi się po operacji, wcale nie czuje więzi z Trentem. W jej głowie odzywa się za to głos C.B. Wtedy Briddey dowiaduje się, że dostała znacznie więcej, niż chciała. A to dopiero początek jej kłopotów.

   Chyba jeszcze nigdy nie miałam okazji czytać książki z gatunku science fiction, tak mi się przynajmniej wydaje. Było to dla mnie coś nowego i zarazem fascynującego, w końcu fabuła (jak sami zauważyliście pewnie) brzmi naprawdę intrygująco. Nie jest to literatura po którą sięgam, gdyż zazwyczaj zaczytuję się w zupełnie innych powieściach, ale z racji tego, iż lubię sięgać po przeróżną tematykę - postanowiłam spróbować. Historia zapowiadała się naprawdę dobrze i koniec końców jest ona interesująca, lecz spodziewałam się po niej zupełnie czegoś innego.

   Ogromnym minusem tej książki jest główna bohaterka. Tak jak na samym początku i wraz z końcówką była ona dosyć znośna, tak przez cały środek dosłownie nie mogłam z nią wytrzymać. Nie raz miałam ochotę rzucić tę historię w kąt i o niej zapomnieć, ale nie z tego powodu, że jest ona zła, tylko z tego, że Briddey była nieznośna. Kłóciła się o bezsensowne rzeczy, mimo że nawet nie miała racji - ale i tak była pewna, że ją ma. Nie dopuszczała do głosu biednego C.B, który naprawdę chciał dla niej dobrze i było to widać na wylot. Czy tak trudno było jej zrozumieć, że kolega z pracy chce jej pomóc, a przy tym nie chce zepsuć i wpłynąć na związek z obecnym chłopakiem? Dramat.

   Nie polubiłam Briddey, ale za to pokochałam jej dziewięcioletnią siostrzenicę Maeve i samego C.B, który jest genialnym bohaterem. Te wszystkie zarzuty, które stawiała mu główna bohaterka były kompletnie bezpodstawne. C.B jest cichym, spokojnym i nie wyróżniającym się z tłumu mężczyzną. Dlaczego miałby chcieć zniszczyć komuś związek? To pytanie zadawałam sobie od początku książki, bo ponad wszystko nie mogłam zrozumieć głupiego zachowania Briddey. Ale już koniec użalania się nad tym aspektem. Pozostałe postacie są godne uwagi i jestem pewna, że tak jak ja nieźle ubawilibyście się przy ich zabawnych dialogach (zwłaszcza w rozmowach rodziny Briddey, która była strasznie nachalna i nadopiekuńcza).

   Fabuła jest oryginalna. W powieści pojawia się kilka terminów medycznych zwłaszcza z postępującą do przodu treścią i zapadło mi to w pamięć, ponieważ niekoniecznie wszyściutko zrozumiałam. Ogólnie sam pomysł na zabieg EED brzmi dosyć nietypowo, ale skutki jakie ta operacja przyniosła są dosłownie niesłychane. Te wszystkie komplikacje i problemy, które powstały przez EED dodały tej historii "smaczku". Na jaw wyszło wiele tajemnic, a historia i życie Briddey zaczęły mnie coraz bardziej intrygować. Nie wiedziałam, że to wszystko tak ładnie zwiążę się ze sobą i powstanie z tego spójna całość.

   Większość wydarzeń opiera się na temacie telepatii, a także na ogromnie długich rozmowach bohaterów, gdzie czasem jedna sytuacja trwa nawet przez kilka długich rozdziałów. Nie spotkałam się jeszcze z tak rozciągniętą fabułą, która teoretycznie dzieje się w krótkim czasie, ale jest aż tak rozpisana. Zetkniemy się również z tematyką komunikacji międzyludzkiej. Jest ona istotnym problemem poruszonym w autentyczny sposób. Wraz z podstępującą techniką taki rodzaj zabiegu mózgu kto wie czy nie będzie możliwy za kilka lat.

   Książki nie czytało mi się szybko, ale spędzony z nią czas był przyjemny i udany. Muszę jeszcze wspomnieć, że trakcie lektury przeszkadzał mi chaos - momentami ciężko mi było się połapać kto się z kim porozumiewa. Szkoda, że nie zostało to lepiej rozegrane, jednak pozycja bardzo dużo nadrabia na pomyśle. Nie uważam, że straciłam czas na tę powieść. Cieszę się, że ją poznałam, gdyż nie dość, że spotkałam naprawdę świetnych bohaterów, to koncept był wart tego wszystkiego, a samo zakończenie mnie usatysfakcjonowało.

   Pojedynek na słowa zabierze nas w przyszłość, która wcale nie jest taka idealna. Fabuła zawarta w tej pozycji jest bardzo prawdopodobna i możliwa do zrealizowania. Ostatecznie będę ją dobrze wspominać i uważam, że pierwszy raz z gatunkiem science fiction był udany. Mam nadzieję, że w przyszłości trafię na jeszcze lepsze książki z tej literatury. Na dodatek wydanie tej powieści, okładka - coś cudownego. Nie mogę oderwać od niej oczu. Wydawnictwo naprawdę się spisało.

★★★☆☆

~ O trzeciej nad ranem z głębin podświadomości wypływają na powierzchnię wszystkie wątpliwości i wyrzuty sumienia i nie dają spokoju.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Albatros! :)

wtorek, 4 lipca 2017

#Jill Santopolo - Światło, które utraciliśmy [przedpremierowo]

~ Chyba o to chodzi, żeby zostawić po sobie ślad, dokonać czegoś ważnego. 
Zmienić świat na lepsze.


   Lucy i Gabe poznali się 11 września 2001 roku. Gdy wieże WTC runęły, a pył przykrył Nowy Jork, zrozumieli, że życie jest zbyt kruche, by przeżyć je bez pasji i emocji. I zbyt krótkie, by nie być razem. Wkrótce jednak Gabe postanawia przyjąć pracę reportera na Bliskim Wschodzie i wtedy wszystko się zmienia. Lucy dowiaduje się o jego decyzji w dniu, w którym produkowany przez nią program telewizyjny zdobywa nagrodę Emmy. Dzień jej triumfu staje się też dniem, w którym coś nieodwracalnie się kończy. 

   Są takie książki, które już po samym prologu potrafią nas oczarować i wiemy, że do końca będą fantastyczne i cudowne. Takie, które już od pierwszego zdania potrafią wywołać mnóstwo myśli i emocji. Właśnie tak było w trakcie mojej przygody z powieścią Światło, które utraciliśmy po której nie spodziewałam się niczego fascynującego. Wiedziałam, że to historia miłosna, prawdopodobnie myślałam również, że skończy się tak jak wszystkie.. ależ ja się myliłam. Wstyd, wstyd i jeszcze raz wstyd. Muszę wybaczyć samej sobie, że tak pomyślałam. Nie będzie łatwo.

   Cała historia jest opowieścią Lucy, w całości skierowaną do mężczyzny, którego nigdy tak naprawdę nie przestała kochać. Od samego początku do końca jest przedstawiona z jej punktu widzenia. Podobało mi się to straszliwie, gdyż poznanie jej myśli, decyzje, które ciążyły jej na sumieniu, działania, które podjęła - były uzasadnione. Wiemy dlaczego postąpiła tak, a nie inaczej. Wszystko brało się z "czegoś". Fabuła jest do bólu autentyczna i spokojnie mogłaby spotkać każdą z nas - mówię tu o nas, kobietach. Problemy z jakimi się zmagała są realistyczne, jak na normalną kobietę przystało.

   Nie jest to bohaterka, która irytuje i z całego serca ją polubiłam. Poza tym ogromnie tej dwójce kibicowałam i nie chciałam znać zakończenia, uwierzcie mi - nie chciałam wiedzieć jak to wszystko może się skończyć, starałam się nawet o tym nie myśleć, gdyż to brzmiało tak strasznie. Te wszystkie przemyślenia, zdania tak do bólu prawdziwe, ściskały moje serce i miałam kompletne zawirowanie w głowie. Bałam się tych wydarzeń, które czekały mnie na kartach tej powieści. Bałam się tego co jeszcze mnie spotka. Te anegdoty dotyczące losu, Boga, tego czy to los kieruje nami, przeznaczenie czy może my sami.. całość tak skumulowała się w mojej głowie, że to było dla mnie za wiele.

   Nie wiemy czym dokładnie kierował się Gabe, co myślał, gdyż mamy przedstawione spojrzenie na całą sprawę ze strony Lucy. Autorka świetnie odwzorowuje każdy najmniejszy detal. Akcja zaczyna się w momencie poznania tej dwójki w trakcie studiów, a później fabuła ciągnie się jeszcze bardzo długo. Wydaje mi się, że to wszystko brzmi strasznie prosto, ale niestety takie nie jest. W naszym życiu mamy wiele takich momentów kiedy musimy podjąć jakąś ważną decyzję. Czy jeśli coś pójdzie nie tak, nie wracamy często do tej sytuacji, w której zdecydowaliśmy tak a nie inaczej? Nie zastanawiamy się co by było gdyby?

   Cała ta książka jest ogromnym natchnieniem i wielką inspiracją. Pokazuje jak jedna decyzja może zmienić cały bieg wydarzeń. Ukazuje również życie pod względem czasu, który należy wykorzystać jak najlepiej, jeśli jeszcze się żyje i ma się taką możliwość. Bohaterowie tej powieści zmagają się z trudnymi sytuacjami. Wydarzenia, które mają miejsce, z jednej strony nie wydają się niczym nadzwyczajnym, ale z drugiej przedstawiają przesłanie, to drugie dno, które ta cała historia miała nam przekazać. To nie jest tylko opowieść o miłości i sile marzeń, które równają się z ceną, jaką jesteśmy zapłacić za ich realizację, ale głównie o wyborach, czasie i o samym życiu.

   Jestem zakochana w piórze Jill Santopolo. Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z twórczością tej autorki, ale jestem oczarowana, dosłownie. Nie mogłam się oderwać od tej pozycji. Pochłonęła mnie całkowicie. Byłam wykończona emocjonalnie po jej skończeniu. Czułam się jakby mnie ktoś zjadł, przeżuł, a potem wypluł. Ostatnio tak się czułam przy czytaniu Confess autorstwa Colleen Hoover lub Bez słów Mii Sheridan. Wydaje mi się, że ta książka jeszcze długo będzie na liście moich ulubionych powieści z tej literatury.

   Światło, które utraciliśmy to do bólu wzruszająca i pełna emocji pozycja. Nie mam słów aby wyrazić to, jak ta pozycja jest fenomenalna i jak bardzo mi się podobała. Zawładnęła moim sercem i czuję, że jeszcze przez długi czas nie opuści moich myśli. To co zafundowała mi autorka jest nieobliczalne, a z drugiej strony prawdziwe i po prostu piękne. Wszystko w niej zostało przemyślane i dopracowanie. Nie zauważyłam żadnych niedociągnięć. Uwielbiam ją.

★★★★★

~ Jeśli możesz komuś pomóc, jeśli potrafisz coś dobrze robić i zmienić świat, to powinieneś działać.

niedziela, 2 lipca 2017

#Alex Marwood - Najmroczniejszy sekret

~ Pewnie kiedy już człowiekowi kłamanie wchodzi w nawyk, zaczyna być to jego drugą naturą.


   Impreza z okazji 50. urodzin Seana Jacksona miała być niezapomnianym wydarzeniem. Wykwintne dania, strumienie szampana, doskonała muzyka i wytworni goście. Wieczór nie kończy się jednak tak, jak wszyscy planowali. Uczestnikami imprezy wstrząsa wiadomość o zaginięciu jednej z bliźniaczek, córek jubilata. Trzyletnia Coco rozpłynęła się w powietrzu. Ani policyjne dochodzenie, ani zakrojone na szeroką skalę poszukiwania nie przynoszą żadnego efektu, a bliscy przestają się łudzić, że dziewczynka kiedyś do nich wróci. Dwanaście lat później pogrzeb Seana stanie się okazją do ponownego spotkania uczestników feralnego przyjęcia. Napięta atmosfera i przemilczane fakty sprawią, że na jaw zaczną wychodzić pilnie strzeżone sekrety, a wśród nich również ten najmroczniejszy.

   To moje pierwsze spotkanie z twórczością Alex Marwood, więc nie mam porównania jak Najmroczniejszy sekret wypadł na tle innych jej powieści. Przyznam, że pomysł na fabułę wydał mi się bardzo interesujący, głównie przez motyw porwania dziecka. Nawet nie zdajecie sobie sprawy jak strasznie nie mogłam doczekać się lektury tej książki. Ostatecznie mam do niej kilka uwag, ale od razu wspomnę, że to co zaprezentowała mi autorka było niezłą jazdą bez trzymanki. Fabuła ogromnie mnie pochłonęła, byłam ciekawa jak ta cała sprawa się rozwiąże i z niecierpliwością wyczekiwałam zakończenia.

   Mam małe zastrzeżenie do bohaterów, którzy pojawiają się na kartach tej pozycji. Uważam, że było ich zdecydowanie za dużo. Momentami gubiłam się w fabule, głównie w sytuacjach kiedy autorka postanowiła wnikać w głąb ich życia, co wcale nie było potrzebne i nie pomagało w rozwiązaniu całej sprawy. Pojawił się chaos i to nie jeden raz. Ogólnie wszystkie postacie zostały dobrze przedstawione. Mogliśmy poznać dokładnie ich życie, przyjrzeć się ich charakterom, a także osobowości. Autorka nieźle gmatwała mi w myślach ukazując pozytywnych bohaterów w podejrzanym świetle, natomiast negatywnych jako tych nieszkodliwych.

   To, że bohaterowie byli dobrze wykreowani, nie oznacza, że ich w jakikolwiek sposób polubiłam lub się z nimi zżyłam. Ci ludzie to ogromni egoiści, myślący tylko o sobie i o swoim sukcesie. Nie mogłam uwierzyć w to, że nawet swoje dzieci traktowali przedmiotowo, jakby tak naprawdę nic nie znaczyły w porównaniu do imprez, alkoholu czy narkotyków. Mówimy tutaj o dorosłych ludziach, co jeszcze bardziej mnie zdziwiło, gdyż nastolatków mogłabym jeszcze zrozumieć. Ta książka w pewien sposób jest szokująca i aż zniesmacza zachowaniem dorosłych, którzy zachowują się w tym thrillerze jak piętnastolatkowie.

   Alex Marwood skacze między teraźniejszością, a przeszłością. Powoli wprowadza nas w incydenty, które miały miejsce przed imprezą Seana i ostatecznie dochodzi do kulminacyjnego momentu, co tak naprawdę stało się z jego córką. Jeśli chodzi o teraźniejszość - pojawiają się głównie wydarzenia przed pogrzebem, kiedy wszyscy najbliżsi sławnego milionera spotykają się i dochodzi między nimi do niemałych konfrontacji. Zostają rozgrzebane różne sekrety i jak się okazuje, każda z osób ma coś na sumieniu. Bohaterowie taplają się w kłamstwach i żyją złudną nadzieją, że to wszystko co się stało, nie miało miejsca.

   Książka przedstawia walkę klas, która jak się okazuje do tej pory trwa w Wielkiej Brytanii. Na dodatek zachowania tych ludzi wydawały mi się autentyczne i czytając tę lekturę miałam wrażenie, że taka sytuacja naprawdę mogłaby mieć miejsce. Autorka świetnie się tutaj spisała, bo potrafiła napisać tak wciągającą historię i przedstawić ją w taki sposób, że nie dało się od niej oderwać. Nie wprowadziła nas w łagodną i spokojną sytuację. Nie ograniczała się w złości i w wulgaryzmach. W trakcie czytania czułam niepokój, strach, wyżej wspomniane - zniesmaczenie, a także zainteresowanie całym tym bajzlem. 

   Zakończenie o dziwo mnie nie zaskoczyło. Mniej więcej od połowy książki zaczęłam domyślać się jak to się skończy, gdyż pewne zdarzenia, które pojawiały się dosyć często i zwracały moją uwagę, sprawiły, że zaczęłam łączyć pewne fakty. Myślę, że to wszystko zależy od czytelnika, ale ja nie czułam się w jakikolwiek sposób zdziwiona. Nie świadczy to o tym, że mam złe zdanie o całej lekturze. Uważam, że jest świetna i z wielką chęcią kiedyś sięgnę po inne pozycje napisane przez Alex Marwood.

   Najmroczniejszy sekret to dobry thriller, podchodzący nawet pod kryminał, który niejednokrotnie mnie zaskoczył. Niestety nie spełnił w stu procentach moich oczekiwań, ale zrealizował je w wystarczającym stopniu. Ostatecznie książka mi się spodobała i będę ją bardzo dobrze wspominać, a także zachęcać do jej lektury. Ja osobiście nie mogłam się od niej oderwać - a to chyba o czymś świadczy. Dla fanów powieści, które trzymają w napięciu, sprawdzi się idealnie.

★★★☆☆

~ Powinnam była się zorientować, że człowiek, który w taki sposób potraktował pierwszą żonę, nie zmieni się tylko dlatego, że teraz chodzi o mnie. Boże, jakie kobiety potrafią być głupie. Mamy przed nosem wszystkie możliwe dowody, ale durna próżność każe nam wierzyć, że my jesteśmy inne, że jesteśmy Tą Jedyną. Feministki twierdzą, że oczekiwania kobiet są wypaczone przez powieści romantyczne, ale moim zdaniem, chodzi o coś znacznie gorszego. Myślę, że te książki jedynie odzwierciedlają zgubny gen autodestrukcji, który już w nas siedzi.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Albatros! :)

piątek, 30 czerwca 2017

#Katy Evans - Ms. Manwhore

- Przez cały czas mam ochotę ścisnąć cię najmocniej, jak potrafię - mówi żartobliwie. - Ale wtedy rozpadłabyś się na kawałki i już bym cię nie miał. Nie mogę do tego dopuścić. - Jego twarzy poważnieje - Za nic nie mogę do tego dopuścić.


   Ms. Manwhore to kontynuacja historii Malcolma Sainta i Rachel Livingston. Fabuła opiera się głównie na tym co działo się po wydarzeniach z Manwhore +1 i nie wykracza poza daleką przyszłość. Jak dla mnie jest to po prostu króciutka nowelka o dalszych losach bohaterów.. ale może najlepiej przejdę do sedna. Czy warto było tworzyć tę książkę? Czy był w ogóle sens aby pokazać nam dalsze losy dwójki głównych bohaterów? Tak jak pozostałe części były moim zdaniem naprawdę w porządku i dobrze mi się je czytało, tak ten dodatek uważam za totalny niewypał.

   Może był sens w pokazaniu tego co wydarzyło się u Sainta i Rachel później, bo przecież zawsze miło jest wiedzieć jak potoczyły się losy dwójki dobrze wykreowanych bohaterów, dowiedzenie się co ich spotkało.. czy może zaczęli zmagać się z jakimiś nowymi trudnościami? Problem jest w tym, że autorka nie wykroczyła poza daleką przyszłość - tak jak napisałam w pierwszym akapicie. Wydarzenia odbywają się od razu po zakończeniu poprzedniej książki i nie trwają zbyt długo. W fabule ma miejsce samo planowanie wielkiego 'wydarzenia', sam cukier, puder i słodkości, słodkości.

   Książka ma mniej niż dwieście stron, nie wnosi nic konkretnego do całej fabuły, bo zakończenie Manwhore +1 już i tak wystarczająco naprowadza nas na to, co będzie dalej. Gdyby ten dodatek zamieścić w wyżej wymienionym Manwhore +1 to myślę, że całość odebrałabym zupełnie inaczej. Nie potrzebne było tworzenie kontynuacji kompletnie NIC nie wnoszącej do fabuły, bo naprawdę - nie znajdziemy tam żadnych fajerwerków, tylko przesyt scen erotycznych i dużo cukru przez romantyczną relację Rachel i Malcolma.

   Bardzo lubię głównych bohaterów i wytrwale śledziłam ich losy, kibicowałam im i odczuwałam ich emocje w każdym rozdziale poprzednich tomów. Postacie drugoplanowe również są fantastyczne. Katy Evans umie tworzyć bohaterów, zwłaszcza tych męskich i to mi się w jej twórczości naprawdę podoba. Nie zmieniam zdania o tej historii przez ten dodatek. Całość jest świetna - pełna napięcia, romansu, elektryczności. Nadaje się idealnie na odprężenie. Niestety Ms. Manwhore nie było konieczne. Najlepiej sprawdziłoby się jako epilog poprzedniej części i nie mogę zrozumieć czemu autorka postanowiła tę książkę wydać. Na samym początku napisała, że nie chciała rozstawać się jeszcze z Malcolmem i Rachel - co w pełni rozumiem, naprawdę.. ale jeśli już chciała napisać książkę o ich przyszłym życiu, mogła dalej odbiec w przyszłość, ponieważ to byłoby już zdecydowanie ciekawsze i bardziej interesujące niż to co dostałam w tej pozycji.

   Zabrakło mi tutaj wiele: emocji, dramatu, nawet gdyby ta fabuła była chociaż odrobinę ciekawsza. Uwielbiam tę historię, tych bohaterów i ich miłość i niestety strasznie mi smutno, że ta pozycja okazała się dla mnie takim niewypałem. Jest dobrym zakończeniem i szczerze mówiąc nie wyobrażałabym sobie innego, ale niestety nie trzeba było robić o tym osobnej książki. Mam wrażenie, że się powtarzam, więc może po prostu napiszę to ostatni raz: dla mnie skrócona wersja tej powieści, mniej nudniejsza, powinna znaleźć się na końcu Manwhore +1, a każdy byłby szczęśliwszy.

   Niestety całość nie oceniam najlepiej, mimo tego, iż poprzednie części bardzo lubię. Książkę przeczytałam w godzinę i nie poświęciłam na nią wiele czasu. Była to szybka lektura, która mi się nie podobała pod względem pomysłu i uważam, że równie dobrze mogłoby jej nie być, a Manwhore i Manwhore +1 i tak dobrze bym wspominała. Liczę na to, że Rachel i Malcolm pojawią się w kolejnej części z tego cyklu, tym razem w książce o przyjacielu Sainta - Tahoe, która w Polsce ma mieć swoją premierę już we wrześniu pod tytułem Ladies Man. Szczerze? Nie mogę się jej doczekać.

★★☆☆☆

~ Uśmiecham się, kładę głowę na jego piersi i myślę o nas. Jak to się wszystko spokojnie zaczęło, jak większość burz. Prawdę mówiąc, zaczęło się od bezchmurnego nieba. Ale stopniowo nad naszymi głowami zaczęło się gromadzić coraz więcej chmur. Kiedy słońce ponownie się pokazało, okazało się, że to co zostało, nie jest już tym, czym było wcześniej. Ale teraz, po deszczu, jest znacznie lepiej.

-

Książka należy do cyklu "Manwhore":
Manwhore | Manwhore +1 | Ms. Manwhore | Ladies Man | Womanizer

czwartek, 29 czerwca 2017

#Kirsty Moseley - Nic do stracenia. Wreszcie wolni

~ Wiedziałem, że będę czekać tak długo na nią, jak długo będzie trzeba. I że nic tego nie zmieni.


   Ojciec Anny Spencer zostaje wybrany na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Od tej pory Anna przestaje być anonimową nastolatką i coraz trudniej chronić jej prywatność. Ashton Taylor ma więc jeszcze bardziej skomplikowane zadanie. Niebawem odbędzie się proces prześladowcy Anny, Cartera Thomasa, który marzy tylko o tym, by ją odzyskać. Anna ufa Ashtonowi i zaczyna wierzyć w jego miłość, chociaż nadal jest pewna, że nie zasługuje na szczęście.

   Nic do stracenia. Wreszcie wolni to kontynuacja losów Anny i Ashtona. Myślę, że drugi tom utrzymuje poziom pierwszego, ale mam co do tej części pewne zastrzeżenia - głównie przez cukierkową relację dwojga bohaterów. Niestety Kirsty Moseley uwielbia tworzyć romantyczną i aż za słodką aurę między głównymi postaciami jej książek. Tak jak w pierwszym tomie tego nie wyczuwałam, tak tutaj było to lekko przesadzone, jednak nie przeszkadzało mi to aż tak bardzo.

   Ashton dalej pozostał moim ulubieńcem, nawet mimo tego, że nie widział życia pozna Annabelle. Zawsze czujny, ostrożny i opiekuńczy, nie chciał rozstawać się z nią nawet na jeden dzień. W tej części jest moment kiedy ta dwójka musi się rozstać na dwa dni. Rozumiem, że za sobą strasznie tęsknili i nie mogli wytrzymać, ale znów autorka naważyła tutaj wiele cukru. Nie czytało mi się tego dobrze, bo mimo iż kibicowałam im z całej siły i liczyłam na to, że wszystko dobrze się skończy, to ich za 'słodka' relacja czasami mnie mdliła.

   Genialny pomysł na fabułę, ale trochę słabsze wykonanie. Zawsze gdy czytam o czym jest dana książka tej autorki, jestem zaskoczona i jak najszybciej chcę ją przeczytać nawet mimo tego, iż wszystkie jej powieści kończą się podobnie. Ale co z tego? Jeśli byłby jakiś porządny dramat, coś co wywołałoby u mnie mnóstwo emocji, a nawet łzy, to uważam, że całość mimo przewidywalności wypadałaby fenomenalnie. Ale niestety.. tego zawsze mi brakuje w tych książkach.

   Ciągnęło mnie do tej części głównie przez to, iż byłam ciekawa jak rozwiąże się wątek z Carterem, prześladowcą Anny. Ostatecznie został on rozegrany - bo musiał, gdyż było to wspomniane w fabule - ale nie tak jak się spodziewałam. Owszem, momentami byłam lekko wystraszona, a nawet bałam się o losy dwojga zakochanych, ale kurcze.. coś mi tu nie pasowało. Myślę, że działo się to wszystko za szybko. Myślę również, że spodziewałam się większego dramatu, czegoś co wryje się w moją pamięć i będę tym zaskoczona, ale niestety nie byłam.

   Ten tom skupia się jeszcze bardziej na romansie Anny i Ashtona. Głównie z tego składa się cała fabuła. Kirsty Moseley pokazała po raz kolejny, że to miłość w książce jest najważniejsza, a nie problemy, które pojawiają się wokół niej. Czy ja wiem.. takie chyba nie jest życie. Książka była nieprawdopodobna, ale czytało mi się ją szybko i przyjemnie, gdyż wraz z jej końcem nastąpił pewien dramat, który trzymał mnie w napięciu. Fabuła może nie powaliła mnie na kolana i myślę, że szybko o niej zapomnę, ale historia wbrew minusom jest naprawdę urocza.

   Po książkach tej autorki nie należy spodziewać się wiele. Głównie mamy romans, jakiś lekki problem, który zostaje potraktowany powierzchownie i przewidywalne zakończenie - ale, no właśnie.. ja lubię czytać takie historie. Są świetnym odmóżdżaczem i są wręcz idealne na relaks w upalnie dni. Sięgam po powieści, które pisze Kirsty Moseley aby odpocząć i nie nadwyrężyć zbytnio mojego umysłu. Wykonują one te zadania fantastycznie.

   Nic do stracenia. Wreszcie wolni to dobra kontynuacja poprzedniej części. Nie zaskoczyła mnie co prawda niczym, ale bardzo dobrze się przy niej bawiłam. Nie należy oczekiwać od niej czegoś więcej, ponieważ wtedy możecie się zawieść. Według mnie, gdy podejdziecie do tej historii na luzie - nie będziecie spodziewali się efektu 'wow' - to wtedy spełni ona Wasze oczekiwania. Jest to świetny romans i naprawdę bardzo mnie wciągnął.

★★★☆☆

~ Przerażało mnie to, że znów się zakochałam. Większość ludzi mówi, że miłość to coś najcudowniejszego na świecie, a ja zgodziłabym się z nimi tylko do pewnego stopnia, bo nie wtedy, gdy wszystkie myśli skupiają się na jej utracie lub gdy dzieje się coś potwornego, co sprawia, że serce pęka na tysiące kawałków. Tak, stan zakochania bardziej mnie przerażał niż satysfakcjonował.

-

Książka należy do cyklu "Guarded Hearths":
Nic do stracenia. Początek | Nic do stracenia. Wreszcie wolni

piątek, 9 czerwca 2017

#Robyn Schneider - Początek wszystkiego [przedpremierowo]

~ Czasem myślę sobie, że na każdego czai się jego własna tragedia. Że ktoś, kto właśnie kupuje mleko w piżamie albo dłubie w nosie na światłach, może być sekundę od katastrofy. Że każde życie, nieważne, jak zwyczajne, ma tę jedną chwilę, kiedy staje się wyjątkowe – chwilę, po której wydarzy się wszystko, co naprawdę ma znaczenie.


   Siedemnastoletni Ezra jest popularny, przystojny i dobrze zbudowany. To gwiazda swojej szkoły. Jego życie układa się idealnie do czasu nieoczekiwanych zdarzeń - zanim zdradziła go dziewczyna, wypadek samochodowy roztrzaskał mu się kolano, jego sportowa kariera legła w gruzach (był kapitanem drużyny tenisowej), a przyjaciele zdobyli się tylko na to, aby wysłać mu kartkę z życzeniami szybkiego powrotu do zdrowia. Po powrocie z wakacji chłopak poznaje nową uczennicę - Cassidy Thorpe, dziewczynę inną niż wszystkie. Spotkanie tej dwójki jest przypadkowe, ale zmieni ich życie nieodwracalnie.

   Młodzieżówki z wątkiem romansu mają to do siebie, że są bardzo schematyczne. Autorom ciężko jest wymyślić coś oryginalnego, coś co przyćmi daną pozycję na tle innych. Co prawda, ja bardzo lubię ten rodzaj książek. Uwielbiam relaksować się i odpoczywać przy takich pozycjach zwłaszcza po ciężkim dniu i to właśnie mogą zapewnić mi lektury z gatunku Young Adult, które wbrew pozorom są świetną odskocznią od rzeczywistości. Nie wszystkie są napisane na jego kopyto, a Początek wszystkiego zdziwił mnie pod tym względem. Owszem, pojawia się romans - mamy dwoje młodych osób między którymi rodzi się jakieś uczucie, ale ta historia odbiega od tak "zużytego" już schematu, co mnie lekko zdziwiło w kontekście pozytywnym, gdyż nie tego się spodziewałam.

   Głównego bohatera poznajemy dopiero po wypadku, w czasie kiedy musi wrócić do szkoły, do ostatniej klasy liceum. W pierwszych rozdziałach Ezra nakreśla nam swoją tragedię i opowiada o tym, co wydarzyło się przed okropnym wypadkiem samochodowym. Chłopak nie oszczędza nam szczegółów. Wszystko opisuje dokładnie i zaznacza, jak jego życie od tamtej tragedii diametralnie się zmieniło. Autorka dobrze go wykreowała. W trakcie lektury odczuwałam jego emocje, chwile zawahania, zwątpienie czy niepewność. Ezra zachowuje się jak typowy, autentyczny nastolatek na tle całej reszty szkoły. Nie można mu nic zarzucić. 

   Co do postaci Cassidy - jej osoba również była interesująca pod względem zachowania i też tajemniczości. Zaimponowała mi tym, że nie przejmowała się plotkami i tym co inni o niej mówili. Przez swój własny styl dziewczyna wyróżnia się na tle innych, ale nie robi to na niej najmniejszego wrażenia. Jak się później okazuje, jej osobowość nie jest tak kolorowa, jak wygląda to z pozoru. Cassidy jest typem bohaterki, która idealnie odwzorowuje wielu ludzi z życia codziennego. Z zewnątrz wesoła i silna, w środku smutna i dusząca w sobie emocje.

   Romans, który powstaje między dwójką głównych bohaterów rodzi się naturalnie. Według mnie nic nie zostało naciągnięte, ani również nie wydarzyło się to za szybko. Z wielką nadzieją wyczekiwałam rozwoju sytuacji między nimi, ponieważ Ezra potrzebował obok siebie takiej Cassidy, aby pomogła mu podnieść się po porażce. Ostatecznie wydarzenia potoczyły się po mojej myśli, jednak w trakcie lektury nastąpił pewien zwrot akcji, którego nie koniecznie się spodziewałam.

   Chciałabym uwzględnić jeszcze jednego bohatera. który wywarł na mnie spore wrażenie. Mówię tutaj o Tobym - dawnym przyjacielu Ezry. Chłopcy odnawiają kontakt zaraz po powrocie z wakacji. Podobało mi się to, jak naturalnie się zachowywali i jak pomocni byli względem siebie. Toby to świetna postać. Żałuję, że nie było go więcej, chociaż i tak nie powinnam narzekać bo miałam go i tak wystarczająco dużo. Nie pogardziłabym aby autorka stworzyła kiedyś o nim osobną historię. To byłoby naprawdę genialne.

   Tutaj wracam do punktu wyjścia - podobno większość młodzieżówek z wątkiem romansu kończy się tak samo. Otóż nie, a Początek wszystkiego jest tego dobrym przykładem. Zakończenie dało mi w pewnym sensie nadzieję i podobało mi się to, jak potoczyła się ta cała historia, ale nie skończyła się ona tak jak myślałam, że się skończy. Akcja nie pędziła, ale stopniowo wprowadzała nas i przygotowywała na ciekawe zakończenie, pod względem przesłania dla całej historii. Po przeczytaniu tej lektury dostajemy ogromnego, motywującego do działania kopa.

   Robyn Schneider stworzyła fantastyczną historię, w pewnym sensie optymistyczną, ale nie oszczędziła nam chwili wzruszeń i cierpienia. Jej styl sprawił, że pochłonęłam tę pozycję naraz. Powieść czytało mi się rewelacyjnie. Jest ona szybka, lekka i przyjemna. Znajduje się w niej wiele odniesień do Wielkiego Gatsby'ego, ale na szczęście wszystko odbyło się przez spoilerów - i dobrze! Inaczej bardzo nie polubiłabym się z autorką. 

   Początek wszystkiego to bardzo wartościowa książka. Pokazuje ona w ciekawy i interesujący sposób wartość życia, ale też nakłania do tego, aby po tragicznych wydarzeniach w naszym życiu nie poddawać się tak łatwo, tylko starać się żyć dalej, do przodu. Uważam, że to wyjątkowa powieść, warta poznania i spędzenia z nią trochę czasu. Smutek, cierpienie, tragedia - jeśli Ci się wydaje, że to już koniec, właśnie wtedy możesz być.. na początku wszystkiego.

★★★★☆

- Wiesz, jak się kategoryzuje sztuki Szekspira, nie? Jeśli kończy się weselem, to jest komedia. A jeśli pogrzebem, to tragedia. Więc wszyscy żyjemy w tragedii, bo wszyscy skończymy tak samo.

środa, 7 czerwca 2017

#English Matters nr 64/2017, wydanie specjalne nr 22/2017


   English Matters to magazyny do nauki języków obcych. Dwumiesięcznik wydawany jest w języku: angielskim, niemieckim, hiszpańskim, włoskim, francuskim i rosyjskim. Jest idealnym uzupełnieniem nauki, która łączy przyjemne z pożytecznym przez znajdujące się w środku aktualne tematy dotyczące bieżących wydarzeń. Dzięki nim możemy podszkolić swoje słownictwo, nauczyć się nowych słówek i zwrotów, a także spróbować swoich sił w czytaniu i analizowaniu przeróżnych artykułów, które są napisane w języku obcym. Oprócz formy papierowej czasopisma, dostajemy listę słówek do pobrania w pliku pdf, a także artykuły do odsłuchania w mp3.

   To moje pierwsze spotkanie z magazynami językowymi, ale jakże udane. Wiele dobrego o nich słyszałam, a teraz na własne oczy mogłam się przekonać, że te wszystkie dobre słowa na ich temat były prawdziwe. Już sam wygląd stron (tak przejrzysty, płynny i kolorowy) zachęca do zapoznania się z nimi. Jeśli chodzi o mnie, w trakcie nauki muszę mieć wszystko pokolorowane i zaznaczone. Nie przepadam za czarno-białymi stronami, które zdecydowanie zniechęcają mnie już samym wyglądem. Tutaj widać, że czasopisma mają pomysł - wszystko świetnie uporządkowane i widoczne. Nauka z nimi od razu staje się przyjemniejsza.

   Wydanie specjalne „English for beginners” jest moim faworytem. Przeglądając je nie mogłam się nadziwić ile ja słownictwa pozapominałam. Dzięki temu numerowi mogłam podszkolić się i co najważniejsze - przypomnieć sobie niektóre słówka i zwroty, które umknęły daleko z mojego mózgu. Objętościowo to wydanie jest dużo większe od English Matters, więc było więcej cudowności do czytania, przeglądania, ale również do uzupełnienia - w środku znajduje się kilka ćwiczeń, które mogą pomóc w nauce.

   Co jest jeszcze istotne? Mamy kilka działów różniących się tematycznie, więc każdy znajdzie coś dla siebie: od makijażu i stylu życia, po podróże i muzykę. Moim absolutnym ulubieńcem był artykuł w dziale Culture na temat mojego ulubionego serialu - Teen Wolf. Możecie się domyślić jaka była moja radość w momencie zobaczenia zdjęć moich ukochanych aktorów. Colorful Media - przyznaję to publicznie: kocham Was za to! Oprócz tego, wydanie specjalne zawiera artykuły (przykładowo): informacje z życia Adele, Sherlock Holmes - mężczyzna geniusz, w środku brytyjskiego pubu, artykuł na temat tego czy jesteśmy szczęśliwi i wiele, wiele innych.

   Wezmę teraz pod lupę English Matters nr 64. Tak jak wydanie specjalne - praktycznie wszystkie artykuły w nim zawarte mnie zainteresowały. Firma marzeń, mowa nienawiści, z czego są dumni Brytyjczycy.. nie zdradzę więcej nazw artykułów, ponieważ po co mam psuć Wam niespodziankę? No właśnie. Sami musicie się przekonać co te cudeńka zawierają w środku. Cieszy mnie to, że powstało wydawnictwo na polskim rynku, które zajmuje się czymś takim, ponieważ zdecydowanie wychodzi im to genialnie.

   Z niecierpliwością będę wyczekiwała kolejnych numerów, gdyż ogromnie spodobała mi się taka opcja nauki i szlifowania języka. Na sam początek zdecydowałam się na język angielski, ale kto wie.. może w przyszłości sprawdzę również inne opcje, ponieważ mamy dużą liczbę języków do wyboru. Na pewno będę wracała i to nieraz do słownictwa zwartego w tych egzemplarzach, jak i do artykułów, które są naprawdę ciekawe.

~ Who reads books, he lives a double.

poniedziałek, 5 czerwca 2017

#Sarah Pinborough - Co kryją jej oczy

~ Bardzo ją lubię. Silna, ciepła, zabawna.
I tak łatwo nią manipulować.


   Tylko mąż i żona wiedzą, co się dzieje w ich małżeństwie. A jeśli nawet oni nie znają prawdy? David i Adele wydają się parą idealną. Ceniony, uzdolniony psychiatra i jego olśniewająco piękna, zapatrzona w niego żona, budzą zachwyt. Ale dlaczego on ukrywa ją w domu? I dlaczego ona ukrywa przed nim nową przyjaciółkę? Louise, sekretarka Davida, daje się wciągnąć w orbitę tej dziwnej pary - z nią się przyjaźni, z nim romansuje. Z czasem coraz bardziej utwierdza się w przekonaniu, że w związku tych dwojga dzieje się coś bardzo złego.

   Ta książka mną manipulowała. Co najgorsze - nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy. Do tej pory nie mogę zrozumieć tego, co tak naprawdę wydarzyło się w tej historii. Myśląc o niej mam wrażenie, że to jakiś żart. Zakończenie totalnie mnie przerosło i nie dociera do mojego umysłu to, co tam przeczytałam. Czuje się oszukana, zdradzona i wykiwana. Zastanawiacie się pewnie dlaczego? Otóż mimo tak "normalnego" zarysu fabuły, wychodzi z tego wszystkiego totalny kosmos. Jeśli zdecydujecie się ją kiedyś przeczytać, to chcę Was uprzedzić.. nie ufajcie tej książce.

   Louise jest samotną matką. Od dawna nie umówiła się na randkę, więc kiedy w barze pełnym ludzi spotyka Davida, czuje, że to właśnie on jest jej przeznaczony. Problemem staje się jednak to, że mężczyzna jest żonaty, a jego żona w porównaniu do Louise wygląda jak modelka. Wszyscy bohaterowie tej historii zostali przez autorkę świetnie wykreowani - zwłaszcza David i Adele wokół których akcja skupia się najbardziej. Mimo, że dostajemy sporą dawkę rozdziałów z perspektywy Louisy, to jednak główną rolę gra tutaj małżeństwo tej dwójki.

   Powoli zostają odkrywane tajemnice z przeszłości Davida i Adele, w której podobno stało się coś strasznego. Na szczęście nie wszystko zostaje nam zdradzone od razu. Sarah Pinborough stopniowo wprowadza nas w życie każdego z bohaterów, mieszając rzeczywistość z przeszłością. Tworzą się z tego strasznie rzeczy. Nie wiadomo co się stało, kto jest winny i kim oni oboje tak naprawdę są. Nie rozumiem dlaczego uważałam do połowy lektury tę powieść za nudną. Nie wiem dlaczego mi się nużyła. Teraz znając zakończenie myślę, że czytając ją drugi raz spojrzałabym na wszystko z zupełnie innej perspektywy.

   Już od samego początku możemy wyczuć ten dziwny i mroczny klimat. Chociaż z pozoru historia toczy się normalnym tempem, a akcja nas nie zaskakuje, to z biegiem wydarzeń włącza nam się w mózgu lampka, że coś chyba jest nie w porządku z tymi wszystkimi bohaterami. Jestem pod ogromnym wrażeniem jak bardzo ta książka jest przemyślana i dopracowana. Autorka miała genialny pomysł i dobrze go wykorzystała. Nieprawdopodobne jest to, jak to wszystko się potoczyło.

   Mój ulubiony moment, który był zarazem fascynujący i przerażający to właśnie zakończenie i kulminacyjny ostatni rozdział. Nigdy w życiu nie pomyślałabym, że tak to wszystko może się zakończyć. Historia miażdży mózg. Autorka wywróciła wszystko do góry nogami, a ja nie miałam pojęcia jak zareagować na to, co właśnie przed chwilą przeczytałam. Do tej pory emocje mnie nie opuściły. Zapowiadało się tak spokojnie.. czasami nawet miałam wrażenie, że czytam jakąś historię obyczajową, ponieważ owszem - była jakaś tajemnica, ale nie spodziewałam się, że będzie to COŚ TAKIEGO.

   Ogromnie przypadł mi do gustu styl pisania Sarah Pinborough. Z rozdziału na rozdział wprowadzała nas w coraz mroczniejsze sytuacje. Manipulowała mną od początku, a ja zdałam sobie sprawę z tego dopiero wraz ze skończeniem całej lektury. Coś genialnego. Nie mam słów, żeby opisać jak ta historia po skończeniu prezentuje się w moich oczach, bo na to chyba nie ma żadnych słów. To trzeba przeczytać i przeżyć samemu. Uważam, że tę powieść albo będzie się kochało albo nienawidziło, bo z pewnością nie na każdym zakończenie wywrze takie emocje.

   Co kryją jej oczy to thriller z wątkami psychologicznymi, który świetnie oddziałuje na czytelnika i jego psychikę. Z pozoru fabuła wydaje się zbyt prosta aby była tak genialna, ale uwierzcie mi.. pozory mylą. To co znajduje się w środku jest tego dowodem. Jeśli już zdecydujecie się przeczytać i dobrniecie do końca, to pod żadnym pozorem nie zdradzajcie zakończenia. Nigdy! Nie ufajcie tej historii, bohaterom.. ani nawet nie ufajcie sobie.

★★★★☆

~ Wyobrażałam sobie, że ich życie to idylla, ale teraz, zobaczywszy ten piękny dom, nie zazdroszczę im. Nie zazdroszczę nawet Adele, takiej pięknej i eleganckiej. Szczerze. 
Jej dom wygląda jak złota klatka.

sobota, 3 czerwca 2017

#Liz Flanagan - Lato Eden

- Trudno sobie wyobrazić, że można nie żyć, kiedy się tu jest i kiedy ktoś ma tyle życia w sobie. Ci żołnierze... Byli żywi, tak jak my teraz. Ale potem wszyscy zginęli. I poeta też umarł.
Barwell chciał coś powiedzieć, ale Eden jeszcze nie skończyła.
- I my też kiedyś wszyscy umrzemy. I trudno sobie to uświadomić. 


   Nieśmiała gotka Jess i uwielbiana przez wszystkich Eden są niemal nierozłączne. Łączy ich silna i nierozerwalna więź, a dziewczyny wiedzą o sobie wszystko. Nagle Eden z niewyjaśnionych przyczyn znika, a Jess postanawia ją odnaleźć. Zaczyna szukać wskazówek, idąc śladami spędzonego wspólnie lata, podczas którego wiele w ich życiu się zmieniło. Ta wycieczka w przeszłość zmusza Jess do przyjrzenia się z bliska wielu tajemnicom: sekretom, które Eden ukrywała przed nią, ale też sprawom, które sama zataiła przed przyjaciółką. Do Jess dociera, że chyba jednak nie znają się tak dobrze, jak jej się wydawało.

   Jest to wyjątkowa powieść o przyjaźni, która została zrealizowana w naprawdę dobry sposób. Liz Flanagan poruszyła w niej wiele istotnych kwestii, które mają spore znaczenie w nastoletnim życiu. Książka piękne wydana, z interesującą fabułą, ładną okładką i niełatwym przesłaniem na pewno skłoni do myślenia nie jedną nastolatkę i pozwoli jej zastanowić się nad kilkoma aspektami. Jeśli się głębiej zastanowić, to ta pozycja nie tylko jest skierowana do młodszych czytelników. Pokazuje ona jak bardzo należy doceniać życie, ponieważ nie wiemy co czeka nas za kolejne kilka godzin, dni czy miesięcy.

   Cała historia jest napisana z perspektywy Jess i przewijają się w niej fragmenty przeszłości z teraźniejszością. Autorka nakreśliła i wprowadziła nas w życie głównych bohaterek, pokazując z czym zmagały się w przeszłości i co dzieje się w ich umyśle teraz. Myślę, że było to naprawdę dobre posunięcie, gdyż ukazuje nam się w głowie pewien obraz tego wszystkiego i rozumiemy działania Eden, dlaczego to wszystko ją przytłoczyło i dlaczego nie może sobie poradzić ze swoim życiem.

   Bohaterki zostały dobrze wykreowane, jednak nie są osobami, które szczerze polubiłam. W tym przypadku nie mam na myśli nic negatywnego, gdyż zachowywały się przyzwoicie jak na swój wiek, a mając tyle lat co one, nie jest się zbytnio rozważnym - co jest zupełnie normalne. Przynajmniej cała książka tworzy wokół siebie aurę autentyczności, a wszystkie wydarzenia w niej zawarte są prawdopodobne i mogą zdarzyć się w życiu codziennym każdego z nas. Liam - chłopak Eden również odgrywa w tej historii znaczącą rolę. Miałam wobec niego mieszane uczucia, ale koniec końców polubiłam go jako postać.

   Obie dziewczyny bardzo się od siebie różnią. To Eden jest tą lubianą, ładną i wzbudzającą zachwyt dziewczyną, natomiast Jess jest nieśmiała, cicha i raczej nie rzuca się w oczy, chyba że przez jej wygląd: kolorowe włosy, ubrania itd. Jednak nie to jest w tym wszystkim najważniejsze. Pomimo różnic, obie są do siebie bardzo przywiązane i stanowią jedną kroplę wody. W najtrudniejszych chwilach są przy sobie bez żadnych zobowiązań. Po prostu są.

   Akcja powieści rozgrywa się w jednym dniu. Jedynie prolog i epilog mamy w zupełnie innym czasie. Całość czyta się powalająco szybko ze względu na lekkie i przyjemne pióro Liz Flanagan. Książkę czytało mi się bardzo dobrze. Wciągnęła mnie od pierwszego rozdziału i byłam ogromnie ciekawa jak to wszystko się zakończy. Ostatecznie podobało mi się rozwiązanie całej tej sytuacji z której można wysnuć wiele wniosków. Tak jak już pisałam - to historia z ukrytym przekazem: o wartości ludzkiego życia, o przyjaźni i radzeniu sobie ze stratą po śmierci kogoś bliskiego.

   Lato Eden to wyjątkowa i lekka pozycja dla każdego czytelnika. Młodzież znajdzie tutaj swoich rówieśników i pokocha tę historię, natomiast dorosłych może zainteresować sama tematyka i kwestie w niej poruszane. Ta pozycja oprócz pokazania ogromnej siły przyjaźni, porusza problemy psychologiczne, które zostały przedstawione w ciekawym świetle i są warte uwagi. Niech Was nie zmyli tytuł, bo Lato Eden nie jest tylko lekturą na lato, ale na wszystkie pory roku.

★★★★☆

~ Życie jest tutaj i ja też, i nie przychodzi mi do głowy ani jeden powód, dla którego nie mogłabym uchwycić się tego życia obiema rękami.

wtorek, 30 maja 2017

#Sarah J. Maas - Królowa cieni

- Nie możesz nas po prostu wyrzucić! Co my teraz poczniemy? Gdzie się udamy?
- Słyszałam, że w piekle jest szczególnie ładnie o tej porze roku.


   Ciężko jest mi opisać fabułę książki unikając jakichkolwiek spoilerów (zwłaszcza, że to już czwarty tom serii), tak więc rezygnuję z tego i przejdę po prostu do innych aspektów, które chciałabym poruszyć w tym poście. Jak już napisałam - to moja czwarta przygoda z ukochanymi i niezastąpionymi bohaterami od których tak się uzależniłam, że mogłabym tę historię czytać w kółko i w kółko. Czy to już nałóg? Albo jakaś choroba psychiczna? Nie mam pojęcia, ale seria Szklany tron to mój WIELKI i OGROMNY numer jeden i wątpię, że cokolwiek go przebije.

   Dopiero w Królowej cieni zauważyłam jaką ogromną metamorfozę przeszła główna bohaterka od pierwszego tomu. Od zawsze darzyłam ją sympatią, a jej ironia i arogancja wcale mi nie przeszkadzały. Teraz staje się zupełnie inną osobą. Jej charakter ogromnie się ukształtował, nie tylko przez wszystkie sytuacje, które ją spotkały, ale też przez to kim tak naprawdę jest. Zawsze wie co powiedzieć, co zrobić, jak zareagować.. a co najlepsze, jej intrygi i pomysły są nieobliczalne i momentami byłam w takim szoku, że nawet ja tak łatwo dałam się jej omamić.

   Sytuacja z Manon i jej wiedźmami, które poznajemy w Dziedzictwie ognia nabiera intensywności. Ten wątek dziwnie mi się dłużył w poprzedniej części, ale teraz widzę, że to wszystko było potrzebne. Ta bohaterka również doświadcza pewną wewnętrzną przemianę, co było ważne dla fabuły i ogromnie przypadło mi to do gustu. Genialne jest to, jak Sarah J. Maas ma wszyściutko perfekcyjnie obmyślone. Nie wiem ile razy jeszcze wspomnę, że jestem pod ogromnym wrażeniem!

   Rowan, Chaol, Dorian, Aedion.. dosłownie nie wiem, który z tych panów bardziej mnie oczarował. Co prawda głęboko w sercu zawsze będę za byłym kapitanem Gwardii, ale reszta owych mężczyzn również jest fenomenalna. Podobało mi się jaką rolę odegrał każdy z nich i jak to wszystko się rozwinęło. Najmniej mieliśmy wydarzeń związanych z Chaolem i Dorianem, ale jeśli już jakieś były, to były z pewnością istotne i przyprawiające o palpitacje serca. Na samym początku strasznie bawiła mnie relacja Rowana i Aediona. Ogólnie wiele zdarzało mi się momentów w książce, kiedy miałam ochotę śmiać się do rozpuku, głównie przez zabawne dialogi.

   Ile nowych odkryć, faktów i bohaterów! Z każdym tomem zostajemy zasypani nowymi informacjami, które całkowicie zmieniają bieg fabuły. Ja dosłownie zawsze nie mam pojęcia czego się spodziewać w trakcie lektury i ciągle myślę, co ta autorka wymyśliła. Jednymi z ważnych ról w historii zawartej w Królowej cieni odgrywają również Lysandra i Elide. Obie Panie nie znałam, ponieważ nie pojawiły się we wcześniejszych częściach, ale cieszę się, że miały swoje momenty. Obie mega odważne, silne i jak się okazuje - ważne w życiu naszej głównej bohaterki. Uwielbiam Sarah J. Maas za to, jak kreuje damskie postacie. To jak są waleczne, bezkompromisowe i nie płaszczące się przed nikim, jest niesłychane. 

   We wcześniejszych tomach akcja skupia się głównie na kilku ważnych miejscach, które odgrywają w fabule zasadniczą rolę. W Szklanym tronie i Koronie w mroku był to Adarlan. W Dziedzictwie ognia rozrasta się na Adarlan i Wendlyn, a tutaj wszystko dzieje się wszędzie.. dosłownie! Akcja bardzo się rozprzestrzeniła. Większość czytelników uważa, że pierwsza połowa książki jest raczej nudna, ale ja jestem zakochana w całości. Autorka specjalnie to zrobiła, aby potem na sam koniec wbić nam nóż w serce i zostawić z płaczącą duszą. Teoretycznie (z samego początku) ta powieść zaczyna się spokojnie, a później coraz bardziej nabiera tempa, niczym jazda na rowerze.

   Moim największym zaskoczeniem było samo zakończenie książki i kolejny istotny fakt związany z miejscem Morath, ponieważ nie spodziewałam się takiego obrotu spraw. Ostatnie sto stron to była czysta apokalipsa w mojej głowie. Zdarzyło mi się odkładać tę książkę na dłuższy czas, bo nie mogłam przetrawić tego wszystkiego. No cóż.. za dużo emocji, zdecydowanie za dużo, a przecież każdy musi odpocząć od nadmiaru tego stresu, które wywołują w nas książki tej autorki. Nie żebym narzekała.. o nie, nie. Jestem zadowolona, ale nie chciałam tak szybko jej skończyć, bo z tomu na tom ta seria jest bliższa końcowi.

   Po raz kolejny jestem zachwycona. Po raz kolejny jestem zakochana. Z każdym tomem kocham tę historię coraz mocniej i zawsze na końcu ciężko mi się rozstać z bohaterami, których pokochałam od pierwszej części. Sarah J. Maas z tomu na tom tworzy coraz bardziej niesamowitą fabułę. Szklany tron w porównaniu do Królowej cieni to nic, dosłownie nic. To aż nieprawdopodobne.

★★★★★

- Przed nami koniec szlaku - powiedziała Aelin z lekkim uśmiechem.
- Nie - sprzeciwił się Chaol, na którego ustach również pojawił się uśmiech, nieśmiały jakby na próbę - Przed nami początek kolejnego.

-

Książka należy do serii "Szklany tron":
Szklany tron | Korona w mroku | Dziedzictwo ognia | Królowa cieni | Imperium burz | Tom 6 | Tom 7

sobota, 27 maja 2017

#Rebecca Stead - Kłamca i szpieg

~ Zaczynam się nad tym zastanawiać. Gdyby tak zebrać wszystkie łzy wypłakane przez ludzi jednego dnia i umieścić je w pojemniku, jak duży musiałby być pojemnik? Czy można by zapełnić wieżę ciśnień? Trzy wieże? To jedna z tych niewiadomych. Musi być jakaś odpowiedź, lecz nigdy jej nie poznamy.


   Georges wprowadza się do bloku na Brooklynie i poznaje Safera - odludka, wielbiciela kawy i jak się okazuje.. szpiega. Chłopak dobrze czuje się w towarzystwie dosyć specyficznej rodziny Safera. Zapomina przy nich o kłopotach: że tata stracił pracę, mama zaczęła brać dodatkowe dyżury w szpitalu i że w szkole jest prześladowany przez dwóch chłopaków. Razem z nowo poznanym przyjacielem, biorą udział w misji szpiegowskiej. Ich zadaniem jest tropienie tajemniczego Iksa.

   Książka wbrew pozorom nie jest taka łatwa i prosta, chociaż na pierwszy rzut oka może się taka wydawać. Jest głównie skierowana do młodszych odbiorców, ale zawiera w sobie dużo ważnych wartości, które nadają jej wyrazistego klimatu. To moje drugie spotkanie z twórczością Rebeccy Stead i ta pozycja spodobała mi się bardziej niż jej poprzednia, wydana w Polsce książka - Całkiem obcy człowiek.

   Główny bohater, dwunastoletni Georges jest zagubionym i zamkniętym w sobie chłopcem. Prześladowców stara się ignorować i tłumi w sobie większość emocji. W domu udaje, że tak naprawdę wszystko jest w porządku i nie dociera do niego fakt, że wcale nie jest tak kolorowo. Dopiero spotkanie Safera i misja szpiegowska odmienia go w pewien sposób. Co do tego drugiego bohatera - nie wiedziałam co sądzić o jego postaci przez większość książki, ale im dalej brnęłam w fabułę, tym wraz z późniejszymi wydarzeniami doszłam do wniosku, że to całkiem ciekawy chłopak, który więcej ukrywa niż mówi.

   Śledztwo które prowadzą główni bohaterowie jest interesujące i ciężko się domyślić o co w tym wszystkim może chodzić. Gdy już dochodzi do kulminacyjnego momentu.. no cóż, ja nie byłam zaskoczona samym obrotem sprawy, jeśli chodzi o ten wątek, ale zdecydowanie coś innego mnie zdziwiło. Sytuacja z mamą Georgesa przybrała taki obrót spraw, że musiałam kilka razy wracać do tego fragmentu, ponieważ nie wierzyłam własnym oczom co tam przeczytałam i jak to w ogóle możliwe.

   Autorka świetnie wczuła się tworząc historię o dwunastoletnim chłopcu. Naprawdę wyszło jej to genialnie. Te wszystkie dialogi były tak autentyczne, a bohaterowie tak wykreowani, że spokojnie można byłoby ich porównać do większość osób z życia rzeczywistego. Książka jest napisana prostym, a zarazem wyjątkowym i wciągającym językiem, że nie sposób się od niej oderwać. Króciutka, posiadająca tylko 192 strony, ale mówię Wam - jest szczególna i nadzwyczajna.

   Bohaterów tej powieści można pokochać. Siostra Safera - Candy, dziesięciolatka mówiąca wszystko co myśli, nie owijająca w bawełnę i posiadająca ogromną ilość energii, którą zaraziła mnie w trakcie lektury. Bob - kolega ze szkoły Georgesa, który pisze słowa tak jak słyszy, nie zważając na ortografię. Momentami gdy czytałam jego wypowiedzi z błędami, myślałam, że wybuchnę śmiechem. Czasami humorystyczna, niekiedy tajemnicza, mająca w sobie ukryty przekaz lektura, sprawiła, że skończyłam ją w kilka krótkich godzin z wielkim uśmiechem na twarzy.

   Jak już wspomniałam wyżej: Kłamca i szpieg to książka w głównej mierze przeznaczona dla młodszych czytelników, ale uważam, że każdy będzie się przy niej dobrze bawił. Pokazuje ogromną siłę przyjaźni, a dodatkowo zmianę, która zachodzi w głównym bohaterze, który na początku historii jest typową „szarą myszką”. Lektura ogromnie przypadła mi do gustu i myślę, że gdybym była młodsza o chociażby kilka lat, spodobałaby mi się o wiele, wiele bardziej.

★★★☆☆

~ A potem myślę o tych wszystkich kropkach, którymi Seurat namalował obraz. O tym, że kiedy się od niego odsuwasz, widzisz ludzi, zieloną trawę i tę słodką małpkę na smyczy, ale kiedy się przybliżysz, małpka jakby się rozpływa. Jest tak, jak mówi mama: życie to milion różnych kropek, które składają się na wielki obraz. I może ten obraz jest niezwykły i piękny, ale kiedy stoisz z twarzą rozpłaszczoną na zbiorze czarnych kropek, to tego nie widzisz.